Wracam na momencik i zaraz znikam... Tysiące spraw więc nie za bardzo mam czas na pisanie choć chętnie na spokojnie bym to porobił. W każdym razie…

Nie za bardzo lubię angażować się ostatnio w dyskusje o zielonych balonikachbo dla zwolenników noszenia przy uchu zielonych baloników, baloników czerwonych czy innych kombinacji tego zacnego przyodziewku, pomysł abym tuż przed ich nosem dopuszczał się świętokradztwa i miał w wielkim poważaniu ich baloniki jest niczym zabicie im matki.

Ale cóż, wpadł mi do czytnika wyrusowy tekst nt sporu z Einem. I tak sobie Einego teksti ów spór oraz na ile mogłem resztę komentarzy przejrzałem.

Hmm... Dowiedziałem się że należę do grupy którą można opisać następująco:

"Są to to niezbyt rozwinięte dzieci albo zdzieciniali starcy,ktrzy swoje studia ograniczyli do pism Rousseau,Trockiego,B.Cohena lub słynnego niegdyś wychowawcy młodzieży polskiej niejakiego Adaśko M."

Jakom nierozwinięte dziecko, które co tu polemizować i się kłócić, przecież zapewne "pracownik naukowy" wie lepiej co przeczytałem i z jakich myślicieli moje wątpliwej jakości poglądy, które miałyby pogrążyć kraj jak okiem sięgnąć w lewackiej ciemnocie wynikają, chciałbym trochę uciec, przestraszon i uniżon, i przedstawić swój punkt widzenia na wulgarnie mówiąc, powszechne zidiocenie systemu edukacji i jego latorośli.

Jestem, tak mi się zdaje, ostatnim  rocznikiem który w większości chciał się uczyć. Chciał bo tak nakazywał rozsądek, chciał bo był głodny wiedzy. Oczywiście zdarzali się i tacy którzy nie chcieli. I nikt z nimi się nie cackał. Przymus przymusem, powszechność i inne pierdoły nie miały nic do rzeczy. Jak ktoś nie chciał nikt się za nim nie oglądał. Nikt nie głaskał, nie cackał się. Goście kiblowali w podstawówce w jednej klasie po 4 lata i co chwile byli zmuszani zmieniać szkoły. Liceum - nie chcesz, kop w dupe i się sam martw co teraz. Nauczyciele choć tak samo wredni do pewnego momentu zachowywali od urzędasów swą autonomie.

Studia - jestem studentem w zasadzie 9 rok. Tak się akurat złożyło - i bogom dziękuję za to że trafiłem na taki wydział gdzie póki co jeszcze pozostały resztki zdrowego rozsądku który nie zawraca sobie czterech liter regulaminami, procedurami i presją debilnego zdobywania kolejnych punktów.

Eine nie zauważa że degeneracja państwowego systemu edukacyjnego, o którym gada wyrus i inne dzieci specjalne jak ja, to ewolucyjny proces który trwa nie kilka lat, nie nawet paręnaście lat. To są jedynie jakieś elementy - spory o ilość baloników. Ta degeneracja postępuje odkąd państwo położyło na szkolnictwie swoje łapy. Są oczywiście lepsze chwile. Lepsze czasy, trochę bardziej efektywniejsze sposoby państwowej edukacji, w końcu jak napisałem wydaje mi się że udało mi się taki czas przeżyć, ale to wszystko nie zmienia faktu że to będzie zawsze równia pochyła. Tym bardziej że lewiatan kieruje się zupełnie innymi kryteriami niż szacowny Eine.

Jesteśmy w czasie w którym uważa się że skończenie studiów to niczym posiądnięcie  jakieś wiedzy tajemnej. To jest zapewne konsekwencja stanu który opisałem - paręnaście lat temu, zdobycie wiedzy wiązało się z chęciami i ogromnym wysiłkiem. W pracodawcach, na tym naszym pararynku pracy do dziś obowiązuje głupi fetysz wykształcenia, nakręcany w dużej mierze w taki czy siaki sposób przez państwo. Że niby jak ktoś może pochwalić sie dyplomem, takim czy owakim wykształceniem to mamy gwarancje że człowiek ów jest godnym specjalistą.

Zatem każdy dzieciak który chce posiąść wiedzę zostaje de facto spisany na straty, bo presja nie jest na zdobycie wiedzy a na zdobycie papierka - a to jest taka różnica jak miedzy pieniądzem papierowym a sztabką złota. Niektórzy uważają że to drugie jest reliktem przeszłości. I państwo stoi na takim stanowisku zarówno w kwestii złota jak i kształcenia.

I w moim zdziecinniałym umyśle wygląda to tak że im bardziej zidiociała nauka, im bardziej odtwórcza, im bardziej nastawiona na wykonanie minimum i realizacje celu który z rozwojem i jakimkolwiek zdobywaniem wiedzy i doświadczenia tym lepiej dla państwa. W ten oto sposób chowa się posłuszne zastępy niewolników. Niewolnikowi można wybaczyć że splunie, że wleje innemu niewolnikowi, że będzie pozbawiony elementarnej kultury i nie ustąpi babci w tramwaju etc. Niewolnik natomiast nie powinien samodzielnie myśleć. Nie powinien mieć inicjatywy, nie powinien mieszać władzy w szykach. Nie powinien się jej w jakikolwiek sposób sprzeciwiać.

I nie można mieć tu złudzeń że nauka która będzie przymusowa, która będzie "ustalana" przez urzędnika będzie wyglądała inaczej.

 Mrzonki o władzy szlachetnej, uczciwej dla której dobro obywateli stoi na piedestale – to dopiero jest objaw zdziecinnienia, infantylizmu i oznaka jak wielce przymusowa, państwowa edukacja potrafi indoktrynować umysły.